Jak odchudzić kota

Historia, która pachnie poranną kawą z korpo-kuchni i sierścią kota przyczepioną do marynarki. Agata, singielka, korpo-szczur z kotem i z kompleksami dostaje awans. Wtedy pojawia się Marcin, jeden z tych „już zajęty”. I tak dostajemy inteligentną komedię romantyczną o chemii, która przychodzi jak zawsze nie w porę.

Jak odchudzić kota
Monika Warzyńska
Wydawnictwo Harde

Agata, posiadaczka kota Henia, niestety nie jest w stanie wbić się w każde wdzianko, tak jak kocur w pudełko. Zbyt dużo zbędnych kilogramów przyprawią ją o kompleksy, tym bardziej, gdy przysparzają jej żenujących sytuacji, po których chciałaby przespać zimę jak kot za ciepłym piecem. Kiedy mówi temu dość, w jej życie wkracza awans, nowa służbowa fura, delegacje, które kończą raz na zawsze nudne gnicie za biurkiem i on, Marcin, prawnik, z którym musi ściśle współpracować.

I teraz zaczyna się problem. Już pierwszy wspólny wyjazd wypada, gdy ona dopiero co zaczęła dietę. Tyle poświęcenia nie może pójść na marne i wspólny drink musi poczekać na lepsze czasy. Mężczyzna jest pod wrażeniem silnej woli nowej koleżanki i bierze z niej przykład, choć w cale nie jest mu potrzebna dieta. Powiedziała A i trzeba powiedzieć B, więc żegnajcie pyszne obiadki i alkohol w delegacjach, przecież przed takim mężczyzną się nie zbłaźni.

I tak o to wraz ze wspólnie wypitymi kolejnymi litrami wody i soku grejpfrutowego podczas dynamicznie toczących się błyskotliwych rozmów spadają kilogramy i nawiązuje się nić sympatii. Jest tylko jeden problem w osobie Zuni czyli narzeczonej…

To historia o tym, że nie trzeba mieścić się w żadnym pudełku, by zmieścić się komuś w planie dnia (i w głowie). Autorka świetnie posługuje się piórem: lekko, dowcipnie, ale z cichym smutkiem, który prześwituje między żartami – tym znanym uczuciem, gdy serce wie, a okoliczności mówią „stop”. Dialogi są naturalne, z pazurem i ironią, a korporacyjny świat opisany w punkt. Końcówka zostawia z uśmiechem i przyjemnym drżeniem – takim, po którym odruchowo szukasz kolejnej książki autorki.

Drobny minus za te same zdarzenia opisane z punktu Marcina. Na szczęście były krótkie, bo nie bardzo miałam ochotę na opis tego samego jeszcze raz. Jak już, można byłoby pokusić się o kontynuację sceny i odkrywanie jego punktu widzenia bez powtarzanie tego co było.

Idealna na weekend, urlop albo każdą chwilę, kiedy potrzebujecie lekkiej, inteligentnej rozrywki z dobrze poprowadzonym iskrzeniem. Czyta się szybko, przyjemnie i z bananem na twarzy – dokładnie takiej historii teraz potrzebowałam.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem.


Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *